Opowieść o naszej Hani, o naszej wspólnej drodze i codziennych przygodach.

piątek, 8 marca 2013

Bardzo długi urlop i jego bardzo krótkie streszczenie ;)


Wizyta Taty Chrzestnego :)
No i czas z Hanią mi się niestety kończy :( jeszcze dwa dni i wracam do pracy. Nie to, że jej nie lubię, ale z Hanką było na prawdę super!!! Pomimo różnych małych przygód, które mi namieszały w głowie, pomimo niewyspania, braku czasu i ogólnie odpoczynku, na prawdę cieszę się, że mogłam te dni poświęcić tylko Hani. Widać było, że było to nam obu potrzebne. Kocham tego małego Szkraba, jest dla mnie całym światem!!!

Po piątkowej przygodzie Hani, kiedy to tak strasznie się rozpłakała na zajęciach, nie mogłam się podnieść wewnętrznie. Cały czas tkwiło we mnie, że moje dziecko tak mocno przeżyło to spotkanie. Dopiero zajęcia w środę, pomogły mi zrestartować głowę i zająć ją innymi przepięknymi scenami  ćwiczeń. 
Jakie buty wybrać Tacie ??
A przed środą było kilka innych wydarzeń. Zacznijmy od zajęć Hanny weekendowych. Niestety nie odbyły się. W sobotę po odwołaniu masażu udaliśmy się na salony do starych znajomych. Hanka buszowała u nich po podłodze w asyście Mii, malutkiego pieska, który porusza się z prędkością światła. Jest przecudny. Hanka rozglądała się po całym mieszkaniu, musiała poznać teren, na początku nie wiedziała o co chodzi, jednak z czasem rozluźniła się i nawet zaszczyciła nas przez chwilkę rozmową :) Następnie wysłałam towarzystwo do Babci na popołudniową drzemkę i obiadek a sama udałam się do kolejnych starych znajomych żeglarzy :) Długa rozmowa, opowieść o Żukowej chorobie, jak co dlaczego i po co. W sumie nie widziałam się z nimi chyba z 4 lata ... Prawie można powiedzieć kope lat! Dzięki temu ponownie przemyślałam sobie całą drogę Hanki do dnia dzisiejszego, wszelkie diagnozy, terapeuci, podpowiedzi co dalej robić.A oni mają przecudnego Franka, bobas jest po prostu nieziemski!!! Nie mogę się zdecydować do kogo bardziej podobny, mam nadzieję, że charakter odziedziczy po obydwojgu rodzicach!
Jak wróciłam do domu, aby podmienić Tatę Hani, zastałam flikające dziecko! Szybko zaaplikowałam co mogłam, nasmarowałam maścią, wstawiłam ziołowe kropelki. Miałam cichą nadzieję, że noc pomoże i rano wstaniemy bez katarku. Och jak się myliłam :( Basen odpłynął baaaaardzo daleko. Cały dzień walczyłam jak lwica o brak choroby w domu. Niestety badania ABR musiałam odwołać. Katar Hani nie pozwoli nam wykonać tego badania, uszy na bank są zapchane i szkoda męczyć Żuka. Jak się uda to moze w kwietniu spróbujemy ponownie.

Pierwsze chwile w okularkach (06.2012)

 Nie odwołałam wizyty u p.Doktor okulisty, na szczęście. Wkroplona atropina śmiesznie z sekundy na sekundę powiększała Hani oczka. Próbowałam to sfotografować, ale nie dało się. P.Doktor zbadała różnymi przyrządami Szkraba oczęta i stwierdziła, że jest poprawa zarówno wady wzroku (zmniejszenie) oraz astygmatyzmu :) nasza radość jest ogromna!!! Okularki zostają i czekamy na rozwój wydarzeń. Pytałam się o rehabilitację, i na tą chwilę nie ma takiej potrzeby. Zasłaniać na zmianę oczka możemy, ale na max 15-20 minut, bo i tak Hania musi radzić sobie ze zmiennym napięciem, i nie ma co jej dokładać bodźców. Za pół roku kontrola.
I to by było na tyle z poniedziałkowymi wypadami i terapiami. Siedziałyśmy w domku, żeby wygonić zło nieczyste z ciałka Hanki. Robiłyśmy jedno wielkie nic czyli sprzątałyśmy, bawiłyśmy się, ćwiczyłyśmy, jadłyśmy pyszności, prałyśmy, czytałyśmy książeczki, huśtałyśmy się, spałyśmy i tak to dzień się zakończył. Wtorek był podobny w sumie. Jedna różnica to spotkanie z p.Iza z OPS, nową terapeutką Hani. Omówiłyśmy co umiemy, co chcemy się nauczyć, jak wygląda Hanki kręgosłup, bioderka, żebra ... Od poniedziałku zaczynają pracę, oby owocną :) Ach zapomniałam wspomnieć, że Hania we wtorek "śpiewała" Babci W sto lat sto lat !!!!! Spędziłyśmy we trzy razem trochę czasu, byłyśmy na spacerze, zjadłyśmy pyszne tiramisu domowej roboty i wręczyłyśmy kilka prezentów Babci :)
Próba dotarcia do zeszytu ze zdjęciami
I nastała środa wyżej wspomniana. Rozpoczęliśmy ją od p.Pawła, który otrzymał Hanię i Stingreya z samego rana. Okazało się na spacerze wtorkowym, że zapomnieliśmy zamocować pelotów bocznych i Hanka non stop przechylała się na prawą stronę. Dlatego też postanowiliśmy zaangażować p.Pawła w ustawienie kolejnej części wózka. Rezultat był widoczny na popołudniowym spacerku. Hanka siedziała sztywniej i łatwiej jej się pracowało rączkami. 
Po południu udaliśmy się do p.AgnieszkiM do Polskiego Związku Głuchych. Zabraliśmy ze sobą wszystkie nasze nowe pomoce będące jednocześnie ciekawymi zabawkami:
- książeczki oczami maluszka - czarnobiałe i białoczarne,
- książeczkę z dźwiękami zwierzątek,
- puzzle z gałkami od szafy,
- wędkę z rybami w akwarium,
- katalog produktów najczęściej popularnych w życiu dziecka.
Na jedne zajęcia to za dużo dla Hanki, biorąc pod uwagę, że to wszystko nowe i jeszcze nie do końca odgadnione przez dziecko. P.AgnieszkaM próbowała zachęcić Hankę do zabawy puzzlami, ale jak to uparty rak, nie udało się, wygrywało okno i drzewo będące za nim. W końcu dziewczyny sięgnęły po zabawki, które Hania już opanowała. I się zaczęło :) Makaron lądował w miseczce (czasem upadał na ziemię, ale to nie z winy Hanki, tylko p.AgnieszkaM nie nadążała za Hanką :) ), gwiazdki spadały z pałąka, muzyka grała, grzechotki w rękach Żuka zaczęły wydawać szumiące dźwięki - po prostu bajka!!! Inne dziecko, co ja będę się męczyć nad nowymi dziwnymi zabawkami, jak mam te :) Dziadek siedział oniemiały, a ja cieszyłam się, że o to moje dziecię tak pięknie sobie radzi. Taki widok buduje, a terapeuta po prostu miodzio :)
Czasem zastanawiam się, czy nie poprosić Pań z Polskiego Związku Głuchych aby nas przenocowały z środy na czwartki co dwa tygodnie. Dzięki temu nie trzeba by było jeździć a rano w czwartki nie spóźnialibyśmy się na zajęcia do p.AgnieszkiKG. Byłoby wyśmienicie :) Ale to w przyszłości się zapytam, a teraz przybyliśmy nie spóźnieni (to ważna sprawa bo my Kowalskie zawsze musimy skorzystać z części kwadransa akademickiego) do ośrodka. Jakiś czas temu udało mi się z p.AgnieszkąKG porozmawiać o możliwości komunikowania się Hani. Metod jest kilka, pomysłów dużo, pytanie co wybierze Żuk. Po naszej stronie jest przygotować się teoretycznie i praktycznie, co wprowadzam powoli w życie, na ura nie da się z dzieckiem, trzeba małymi kropelkami drążyć kamień. Wracając do zajęć, Hanka była uśmiechnięta, p.Agnieszka wpatrzona w nią i próbowała wyciągnąć dźwięki z jej ust oraz prośby "jeszcze" po makatońsku (chyba). Długo powtarzała, pokazywała, rozmawiała, zabawa przednia, choć to była ciężka praca. Bączek mały sprawił, że Hania pokazała, że chce jeszcze!!! Długa droga, ale jakie piękne zakończenie!!! I jak tu nie wierzyć w Agnieszki??? Są po prostu the best!!! Podziwiam je za wytrwałość, cierpliwość, pomysł i wielkie zaangażowanie.
W oczekiwaniu na p.Pawła

W trakcie konsumpcji ciastka
Ale nie to, że tylko one i nikt więcej nie pomaga Hani, nie nie nie. "Wbijaniem do głowy" Hani społecznych, dźwiękowych i motoryką małą zajmują się jeszcze dwie cudne dziewuszki, p.Emilka (z orewu, zajęcia :( w tym tyg. odwołane) i p.Marta. Każda z nich wnosi do główki Hani bardzo dużo, pokazują jej, że sama może wiele, że może poprzez naciśnięcie przedmiotu sprawić coś, że można się bawić używając rączek, wokalizować, pić z kubeczka, dmuchać, rozsypywać zabawki, dotykać różnych faktur ... oj tego dużo jest. Dziś u p.Marty, mina Hanki była przecudowna, tak jakby mówiła, wiem co ode mnie chcesz, wiem wiem i może zrobię może nie i uśmiech. Nawet katar jej nie przeszkadzał :) i zmęczenie po wygibasach u p.Pawła. Oj ten Szkrab po prostu jest wspaniały. 
Nie umniejszając pracy innych terapeutów, powyżej wymienione Panie dały mi siłę na dalszą drogę. Było mi to bardzo potrzebne. Szkoda tylko, że Hania leniwiec ze mną w domu nie chciała nic powtarzać. Ale ja się nie poddam. Będę nad nią pracować, będę cierpliwa i skupiona! Powoli nauczymy się wszystkiego. Ale optymizm mi się włączył :)
Amicus był dziś również pozytywny. P.Joasia pokazywała Hani jak może klęcząc i podpierając się jedną wyprostowaną ręką, drugą coś zrobić oraz jak wygląda pozycja czworakowa. Praca mozolna, na szczęście udało się. Nagrane to zostało, gdyż p.Joasia udaje się w najbliższych dniach na szkolenie i chciałaby, aby terapeuta wyższego stopnia podpowiedział jak dalej stymulować Hanię. Do świąt mam nadzieję, uda się nam spotkać i przestudiujemy Żuka.
P.Emilia również próbowała Hankę zczworakować, trudniej szło. Rozciągała jej bok prawy, który jest przykurczony, łatwo nie było. Następnie przyklejanie taśm kinesiotaping - jakoś tak to się nazywa. Taśmy te pomogły mi przy zerwanym więzadle krzyżowym przednim, dlatego wykorzystanie ich u Hanki uważam za dobry pomysł. P.Emilia podkleiła stopy i zobaczymy jak długo wytrzymają (ostatnio tylko 2-3 dni). Na koniec walka z ustawieniem Żuka na czworaka, oj się namęczyłyśmy. Sukces został osiągnięty w ostatnich 15 minutach zajęć. Aż 4 razy udało się uzyskać postawę prawidłową. Zuch dziewczyna :)
Tak wszystko przedstawiam pozytywnie, może dlatego, że pomimo niepełnosprawności Hani i jej dużego opóźnienia cieszę się tym co mamy, co udało się Hani osiągnąć i to daje siłę na dalszą pracę. Chwile nie zapomniane, potrzebne Matce na zbolałą głową, na poprawę myśli. Były też gorsze chwile. Katar, kaszel, niedospanie, głód po powrocie do domu po zajęciach z drugiego końca Wwy, zmęczenie ... Każdy moment spędzony z Hanią, czy pozytywny czy negatywny był potrzebny zarówno mi jak i jej. Wtulała się, co jest nowością, bo raczej stroniła od czułości, nie chciała spać w ciągu dnia, aby każdą chwilę wspólną wykorzystać, cieszyła się całym swoim ciałkiem. Miała mnie na wyłączność.

Do załatwienia pozostało mnóstwo spraw, choć miałam to zrobić w tzw międzyczasie. Najważniejsze to załatwić dla Hanki orzeczenie o kształceniu specjalnym. Czas pochylić się nad sprawą przedszkola, a bez tego dokumentu ani rusz. Jednocześnie trzeba szukać przedszkola, który zapewni nam dalszą stymulację Żuka i nie będzie hen hen daleko. 
Wizyta w Fundacji jest również wskazana. Dokumentów nie miałam czasu przygotować, opisać.
Każda pozycja dobra
Myślałam, że uda się doprowadzić sprawę Stingreya do końca, odebrać brakujących dodatków i rozliczyć się. 
Zakupić kolejne sprzęty dla Hanki, podjechać, obejrzeć, wybrać. 
Dziś p.Marta natchnęła mnie na zapoznanie się ze sprzętem, o którym pisałam jakiś czas temu, chodzi o komunikatory, przyciski. 
Oj będzie co robić ... jak zawsze :)
Zebranie jak najwięcej informacji od rodzin z dziećmi z mutacją genu CASK, nareszcie udało mi się dotrzeć do kilku :)

 Chciałam przynieść do domu wiosnę, chyba się pospieszyłam. Za oknem piękna zima :) Cieszę się, bo uwielbiam śnieg. Ostatnie z nim spotkanie, sanki z Hanką, bałwan na tarasie i możemy pożegnać się z zimą :)


 

piątek, 1 marca 2013

Cdn... będzie długo...

Wracając do wczorajszych ćwiczeń w Polskim Związku Głuchych u Pani AgnieszkiM - trochę myślałam na temat tych zajęć i potrzeby stymulowania Hani rozumienia. Jeśli uda nam się, aby Hania zrozumiała nasze słowa i potrafiła wykonać proste rzeczy, to będzie wielki krok do możliwości rozmawiania z nią. Myślę czy jej mała główka będzie w stanie to ogarnąć, i tak analizując Hani osiągnięcia, uważam, że jak najbardziej tak, tylko potrzeba na to bardzo dużo czasu oraz mnóstwo bodźców zewnętrznych co się łączy z obecnością naszą w domu. Ten temat na razie pozostawiam bez komentarza, bo go najnormalniej w świecie jeszcze nie znam :( chociaż staram się wyrobić swoje zdanie i przedłożyć wszystkim zainteresowanym pomysł na życie.
Przeglądałam internet wieczorem i znalazłam bardzo fajny sklep z zabawkami pani AgnieszkiM :) jest niedaleko nas i jutro zamierzam go odwiedzić z zamiarem kupna 3 rzeczy, jeszcze przeanalizuje ich chęć posiadania na miejscu, gdyż z tego co widziałam i czytałam jest tam dużo przedmiotów. Czas na wizytę w sklepie mam ograniczony i decyzję będą szybkie, oby trafne :)
Wczoraj zajęć było mało, bo dwa. Szczęście dla mnie, gdyż troszkę się pochorowałam i gdybym musiała kursować między terapiami byłoby krucho ze mną. Na szczęście Hania była dzielnym kompanem :) 
Rano udałyśmy się do Amicusa do p.Kadrii. Metro jest to szybki rodzaj komunikacji i dzięki niemu prawie dojechałyśmy na czas. Zachowanie ludzi w tym środku transportu, jak i w każdym innym, jest jednym słowem "śmieszne"! Nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie są delikatnie mówiąc niemądrzy i zapatrzeni w swoje cztery litery! Ehh ... 
Wracam do ćwiczeń. P.Kadrija rozpoczęła zajęcia od rozluźnienia Hani i od przypomnienia, że istnieje coś takiego jak naprzemienność :) Wymachiwanie rączkami i nóżkami w odpowiedniej kolejności powoduje u Hani większą chęć do dalszych ćwiczeń. Jest bardziej giętka i szybciej zmienia pozycję czy miejsce "pobytu" w danym czasie. Uważam, iż terapeuta powinien być na bieżąco z informacjami od lekarzy i podzieliłam się z p.Kadriją co to neurolog ostatnio nam powiedział.Tym samym zeszło się na nootropil i eyeq. Ku mojej radości p.Kadrija wiedziała na ten temat wystarczająco dużo, aby mnie uspokoić i przekazać jej zdanie i doświadczenie z tymi dwoma substancjami. Lubię jak mam możliwość poznania opinii od kogoś kto zna temat :) I tak krok po kroku zbliżałyśmy się do najpiękniejszej chwili w całej wizycie. Hania dokładnie ćwiczyła, wsłuchiwała się w każde słowo Cioci i no powiedzmy wykonywała każdą prośbę. Próbowały czworakować, co powoli powoli wychodziło, wszystko było owiane ciepłem i zgraniem. Aż miło było tam być i kodować ten widok w głowie! Hania raz stała, raz siedziała, raczkowała, stała na klęczkach, leżała, podpierała się, siadała z podporu i hohoho ile pozycji wykonała.  
Cel: ustrzelić kaczkę!
Najwspanialsza chwila była kiedy Hania stojąc na kolanach i trzymana za ręce przez p.Kadriję nagle zaczęła przemieszczać się w jej kierunku. Obie aż oniemiałyśmy. To był ruch na przemienny!!! Najpierw jedno kolanko, prawe sprawniejsze, potem po chwili drugie lewe, prawe, po chwili lewe, prawe .... Kompletnie tego nie nagrałam ani nie zrobiłam zdjęcia bo mnie zatkało. Ależ to dziecko potrafi zrobić frajdę z samego rana i uśmiech od ucha do ucha. Sama się cieszyła słysząc nasz zachwyt i pochwały. Ku zgrozie, w domu ni w ząb Hanka nie chciała tego powtórzyć :( Nic to pewnego dnia się uda. Pozytywne ćwiczenia i to bardzo.
Powrót do domu nam się wydłużył. Zahaczyłyśmy o sklep, który był zamknięty i o pogawędkę z wujkiem Arturem. Ze względu na przenikliwy wiatr szybko uciekłyśmy do domu na bezgraniczne leżakowanie. Hanka miała super humor. Widać było, że nie rozumie faktu bycia tylko z mamą przez tyle godzin, co oczywiście miało wpływ na brak snu. Jadłyśmy, leżałyśmy na podłodze, huśtałyśmy się, robiłyśmy ogólny nieład w domu, bawiłyśmy się ryżem, ćwiczyłyśmy, oglądałyśmy bloga, czytałyśmy książki, i w końcu dziecko padło po krótkiej walce. Miałam się położyć obok niej, ale jak obejrzałam mieszkanie to zabrałam się za jego porządkowanie. Oj ale tego było :(
Układ nóg Hanki na Vojcie sprzed kilku tygodni
Po aż godzince, Hanka obudziła się z uśmiechem, bo Mama ma wpadła nas podrzucić na Vojtę, i podjęła się przywitania dziecka w czwartkowe popołudnie. Radość, jedzenie i szybki sprint na ćwiczenia. A tam??? Nastawiona byłam na płacz, zgrzytanie zębami i ogólne niezadowolenie. Weszłyśmy do p.Joasi i zaczęłyśmy pokaz Hankowych zdolności. Dumne Dziecko ze siebie było oj dumne :) Wymiana info od neurologa, i zabieramy się do ćwiczeń. P.Joasia zawsze pierwsza Hankę wykręca, pokazuje pozę i nacisk na strefy, Hanka w śmiech hmm potem ja, żeby sobie utrwalić i ewentualnie od razu poprawić nieścisłości z wzorem, Hania śmiech. Kolejna poza, Hania śmiech ... nikt z nas nie rozumiał sytuacji i szczerze powiedziawszy nie zamierzałyśmy. Jej uśmiech na tych ćwiczeniach jest po miodem na nasze uszy :) Po pełnej półgodzinie, co nam się rzadko zdarza ze względu na wyrzucanie z siebie łez przez Hankę, wyszłyśmy bo czekało kolejne dziecię. Piękne zakończenie dnia :)
Dumna to ja jestem z mego dziecka. Rozumne to i kochane :)
 I nastał piątek, koniec tygodnia i aż 4 zajęcia. P.Paweł rano wykręcał i rozgrzewał Hanię. Były momenty grymasu, bo dorośli gadali a dziecko się nudziło. Słuchaliśmy piosenek motylogąsienicy i patrzyliśmy na Hanki zdolności ruchowe. P.Paweł postawił Hankę a ona zaczęła nam tańczyć :) Podnosiła to jedną nóżkę to drugą, troszkę je powykręcała przy podniesieniu i stawiała. Śmiesznie to wyglądało. Potem leżała na wielkiej półpiłce i ćwiczyła stópki. Było tych ćwiczeń oj było.
Następnie była p.Marta. Dawno u niej nie byłam, spotykałam się z nią kiedy czasem przywoziłam Hanię, ale na zajęcia już nie zostawałam. Postanowiłyśmy zająć się nauką picia z kubka. Jednak najpierw była zabawa, poprzez włączanie i wyłączanie zabawki za pomocą wielkiego żółtego przycisku. Na celu było nauka sprawczości. I co ... udało się, samochodzik jeździł a jeżyk tańczył :)
Nauka picia już nie poszła tak łatwo, chociaż raz udało się uruchomić buzię Hani i wypiła napój. Kubeczek medeli zostanie również jutro zakupiony i wykorzystany do nauki picia. Hanka lubi pić ze szklanki czy kubka, nie rozumie tylko jak to ma robić i się przy tym napina z radości, że trzyma kubeczek. Utrudnia to sprawę, i musimy koniecznie nad tym popracować. P.Marta pokazała jak i z czasem mam nadzieję odniesiemy sukces!
Za tydzień kolejna doza przygód z piciem, żebyśmy tylko nie zapomnieli akcesoriów odpowiednich wziąć. 
 Szybki przewóz Hani do Babci, jedzenie, nie udana próba drzemki, lenistwo z mamą i wygłupy, Dziadek nas porywa i jedziemy do Amicusa. Pierwsze zajęcia, ok nie było źle, Hania mało współpracowała, ale coś tam się udało zrobić. Drugie zajęcia pominę milczeniem. Jedyne co mogę napisać, to żałuję, że od razu nie zabrałam Hani do domu. Miejsce w którym zgadzamy się na Żuka płacz jest Vojta, nigdzie indziej, i tak ma pozostać.
Hania raczej dogaduje się z każdym terapeutą, były może w całej grupie osób może dwie, z którymi współpraca nie wychodziła. To jest na prawdę mądre dziecko pomimo swojej niepełnosprawności ruchowej i intelektualnej. Ona wie kto swoimi ćwiczeniami jej pomoże, a kto nie. Terapeuta również powinien mieć nie tylko przygotowanie teoretyczne i praktyczne ale i "ludzkie". Aby być dobrym rehabilitantem trzeba czasu i ciężkiej pracy, tylko to pozwoli na uzyskanie szacunku i zaufania u rodziców, a także na podziwianie z czasem efektów swojej pracy. Wydaje mi się, że niektórzy o tym zapominają lub czują się za pewni siebie. Takie moje krótkie lecz dosadne przemyślenie po kilku wizytach w ostatnich dniach na Hani ćwiczeniach oraz po całym okresie szukania ośrodków dla Malucha. 
Przed nami weekend, p.Maciek - prywatny masażysta i p.Joasia - prywatna obstawa wodna :) 
Wodne mamy leżakowanie - 2006 rok
W tzw międzyczasie, może uda mi się spotkać z dawnymi znajomymi, pływającymi morsami, ludźmi, którzy zawsze są gotowi na nowe pomysły, nowe przygody i czerpią z życia to co najlepsze. Po 4 latach milczenia w końcu się spotkamy :) Niech to będzie moją nagrodą za dzisiejsze 45 min. 

czwartek, 28 lutego 2013

Dwa dni

Tyle jestem już na urlopie. Fajne były one szczerze powiedziawszy. Dużo się działo, wiele informacji zostało nam przekazanych.
Zdjęć brak, aparatowi padła bateria :(
Poczynając od środowego poranka, kiedy to mocno nie przytomni ruszyliśmy na raty do Centrum Zdrowia Dziecka na wizytę do Pani Neurolog. Najpierw ja z Babcią pojechałyśmy zająć miejsce, a potem Tata z Hanią dojechali. Dziwnie tam jest, bo albo się przychodzi na konkretne godziny albo kto pierwszy ten lepszy, co miało zawsze miejsce. I tak też uczyniliśmy my, jednocześnie wpychając się przed ludzi. No cóż trudno się mówi.
Pani Neurolog jak zwykle uśmiechnięta, wysłuchała nas, popatrzyła na Hankę, poprosiła, żeby pokazać co ona umie. I tu były wielkie kręte schody. Hanka się tak zablokowała, że jej "złamanie" graniczyło z cudem. I jak mam się tu pochwalić, że ona siedzi??? Powoli powoli wykonaliśmy wszystkie znane Żukowi pozycje a na końcu miałam "rzucić" Hanię na łóżko aby sprawdzić wyciągnięcie rąk - ruszyła się tylko lewa. Pochwaliliśmy się huśtawką, basenem, ćwiczeniami itd itp 
Przygotowaliśmy się tym razem wyśmienicie, o niczym nie zapomnieliśmy się zapytać. 
 Hanka zawiesza się od urodzenia praktycznie, jednak ostatnio znowu na to zwróciliśmy uwagę. Robiliśmy już dwukrotnie EEG głowy, ale trzeba to badanie powtarzać, bo może coś się pojawić w tak zwanym międzyczasie. Ponieważ Pani Neurolog przenosi się do innej placówki, to na cito robimy w CZD to badanie. Trochę się stresuję, zobaczymy co wyjdzie. Dodatkowo wykonaliśmy badania krwi. Hania dzielnie zniosła wkłucie, szkoda tylko, że jedna z Pań była mało delikatna i mamy siniaka dużego na rączce. Na szczęście krew szybko popłynęła i po chwili było po sprawie!
Kolejna ważna kwestia to nieszczęsny nootropil, podjęliśmy komisyjnie decyzję, że "chemii" nie chcemy wprowadzać. Czy prawidłowo, chyba nie :( Ostatnie dwa dni pokazały, że jednak nasza decyzja nie go końca była prawidłowa. Jest to lek, który poprawia krążenie i dzięki temu mózg sprawniej pracuje, co ma wpłynąć na pokazanie się mowy u Hani. No ale to lek. Jest coś podobnego co się nazywa eyeq i to są kwasy, coś podobnego jak tran, tzn też wpływa na poprawę krążenia, ale jest wspomagaczem. Terapeuci potwierdzają, nie dla nootropilu, jak najbardziej tak dla eya. 
Po badaniach rozpoczynamy przygodę z eyem :) Chociaż nie raz słyszałam jak rodzice narzekają, że dzieci zaczęły mówić ;)
Przyczajony tygrys ukryty smok
Dalej dzień był przyjemny. Tata Hani podrzucił nas do Babci, żebyśmy miały bliżej na kolejne zajęcia. Wysadził nas pod domem, przekazał bambetle i pomachał. No ok, śpieszy się do pracy niech mu będzie. Długo nie myśląc skierowałam się do bramy. I tu panika, jaki mają numer mieszkania??? Zawsze mylę numer domu z numerem mieszkania!!! Ufff była tabliczka przy bramie. Dziarsko wjeżdżam do bramy, dzwonię, drzwi otwierają się i ... 3 schodki przede mną. Olaboga jak ja wciągnę stingreya wraz z Hanką, toż to prawie 30kg chyba!!! Postękałam i byłam w środku. Winda, włączam i modlę się aby działała, na 4 piętro raczej bym nie dała rady wnieść te cuda. Działa, no to siup wchodzimy, o kurcze mieści się tylko 3/4 wózka! przecież go nie przetnę, nie złoże bo Hanka w środku. Kombinuję, kombinuję, wcisnęłam go bokiem. Wciągam brzuch, drzwi zamykają się i jedziemy. Luz. Najgorsze za mną, zaraz usiądę napiję się kawy i poćwiczę z Hanką. Błogie lenistwo!!! 1, 2, 3, 4 piętro. Otwieramy drzwi, Babcia już czeka i wjeżdżamy ..... przednimi kołami! A reszta gdzie??? Grzecznie się pytam. Nie no nie! I co teraz? Hanka już się cieszy, bawi na łóżko a ja sterczę na korytarzu i dumam co tu zrobić. Przecież nie zostawię go przy windzie, bo bym musiała wziąć stołek i razem z nim koczować te kilka godzin do ćwiczeń. Myśl kobieto puchu marny. 
Ulubiona forma picia choć wszystko wokół mokre :)
Dobra zdejmuję siedzenie, hmmm ale jak? czerwony przycisk no jest, naciskam, nic się nie dzieje. Po 5 minutach przypominam sobie o widełkach, pyk poszło :) Próbujemy wjechać bokiem, hahaha to by było za proste. Nie da się, no to zdejmujemy koła. Ale jak? Nie czytało się instrukcji, a tym bardziej nie wzięło ze sobą. Jest drucik, to może go nacisnę. Tadam!!! Zdjęte.
I tak po 20 minutach udało mi się zdjąć kurtkę i buty. Babcia z Hanką śmiały się do łez. Taki wózek a się zaklinował :) Widzę w tym jeden plus, tylko jeden : już wiem jak się go rozkłada :)
Popołudniowe ćwiczenia były super. To nic, że Hania leniwiec nie chciała początkowo współpracować, z Panią Agnieszką M miałyśmy o czym rozmawiać :) Również poruszyłyśmy sprawę dostymulowania Hani główki, i jest kolejny punkt dla eya. Pani AgnieszkaM podpowiedziała zabawy, pokazała jakie zabawki kupić, żeby Hanka też w domu ćwiczyła. Pokazała super książeczki "oczami maluszka" i tak sobie pogawędziłyśmy o zdolnościach Żuka. Całe zajęcia były dla mnie urocze. Czułam, że to jest odpowiednia terapia dla Hanki. Pani AgnieszkaM trafia super do Żuka i się nie poddaje, ma mnóstwo cierpliwości, a pomysłów jeszcze więcej. Mamy odwiedziny na terapii były mocno wskazane. Po zabawki/książeczki wybieram się jak najszybciej. A dziś udało mi się wykonać jedno zadanie. Nie wiem dlaczego po nim mam w całym domu ryż na podłodze :)
W przerwie między lekarzem porannym a Panią AgnieszkąM, udałam się na mały spacer i przyniosłam z niego wiosnę :) Trzy cebulowe kwiatki, które jak zakwitną to będzie oznaczało, że zimie podziękujemy i zaczną się dłuższe wiosenne dni. Tylko zapomniałam zabrać je do domu :(
Powrót do domu, zakończył się składaniem wózka. Trwało to 10 minut, było ciemno, zimno, i poddałam się po 30 sekundach. Wyłączyłam myślenie, dzięki czemu pstryk psrtyk pstryk i koła i siedzenie było założone. Jakież to proste - powiedział mi mąż. Mam nadzieję, że choć troszkę był ze mnie dumny. 
Dzień dzisiejszy opiszę później, czas spać, rano znowu pobudka o 6. Ehh gdzie te czasy kiedy na urlopie spało się do bólu? To se newrati ...