W świątecznym Newsweeku znalazł się wywiad Pani Aleksandry Pawlickiej z Grzegorzem i Małgorzatą Markowskimi.
Udało mi się go dzisiaj przeczytać i szczerze powiedziawszy, to jest to bardzo spokojny wywiad. Rodzina Państwa Markowskich dokładnie przechodziła to co większość rodziców poszukujących wiedzy o tym jak mogą pomóc dziecku i gdzie mogą otrzymać wsparcie lekarskie w celu ułatwienia dziecku życia. Nie mogę powiedzieć, że taką samą drogę przeszliśmy, bo nigdy nie ma dokładnie tych samych ścieżek, jednak czytając zauważyłam ogromne podobieństwo naszych kroków z krokami Państwa Markowskich. Nie wiem co na to gazeta, ale bardzo chciałabym utrwalić ten artykuł i "wrzucam" go do posta.
– Nieuleczalna choroba dziecka to nie jest coś, na co się można
zaimpregnować. Cała sztuka polega na tym, żeby nie myśleć o przyszłości.
Od takiego myślenia można dostać szału – mówią Małgorzata i Grzegorz
Markowscy, rodzice czteroletniej Karoliny, która urodziła się z poważną
wadą genetyczną.
Newsweek: Kiedy dowiedzieliście się, że wasze dziecko jest chore?
Małgorzata Markowska: Podejrzenia pojawiły się już w czasie
ciąży. Badania krwi, które oceniają ryzyko urodzenia chorego dziecka,
wyszły źle. W USG Karolcia wyglądała jednak dobrze. Lekarze ciągle
powtarzali, że wszystko może być w porządku, ale mogą też wystąpić
problemy. Nie chcieliśmy badań inwazyjnych typu amniopunkcja, bo
mieliśmy dwójkę zdrowych dzieci – Anielcię, która miała wtedy lat siedem
i czteroletniego Jasia. Zakładaliśmy, że trzecie dziecko też będzie
zdrowe.
Grzegorz Markowski: W pierwszej chwili po porodzie wydawało się, że tak właśnie jest. Karola dostała 10 punktów w skali Apgar.
Małgorzata:
Ten cały Apgar jest zupełnie niewiarygodny. Karolcia z pewnością była
wiotka od początku, a dostała punktację za napięcie mięśni jak zdrowe
dziecko.
Grzegorz: Niedawno obejrzałem zdjęcia
zrobione tuż po porodzie: widać na nich, że z dzieckiem jest coś nie
tak. My jednak nie chcieliśmy wtedy tego widzieć.
Newsweek: Nie zrobiliście amniopunkcji, bo uznaliście, że niezależnie od jej wyniku dziecko ma się urodzić?
Małgorzata: Tak.
Grzegorz: Pamiętam
jak dziś, że wyszliśmy od lekarza i powiedziałem: „Kochanie, przyjmiemy
to dziecko”. Teraz wiem, że wartość takich deklaracji jest zerowa.
 |
Grzegorz Markowski z żoną Małgorzatą i córką Karolcią. Fot. Filip Ćwik
|
Newsweek: Dlaczego?
Grzegorz: Człowiek nie wie, co mówi, gdy je wygłasza.
Mówiłem to z perspektywy ojca dwójki dzieci, które są chodzącą laurką.
Składałem deklarację pustą, bezkosztową, zakładającą, że wszystko będzie
OK.
Małgorzata: Ja zakładałam, że dziecko może być
chore, ale myślałam raczej o czymś typu zespół Downa. Pojawi się jakieś
opóźnienie umysłowe, ale przecież dziecko będzie chodziło, mówiło.
Będziemy je rehabilitować. Przez myśl mi nie przeszło, że może mieć
niezwykle rzadką wadę, może nawet jedyną na całym świecie. Spodziewałam
się, że będzie trochę lepiej.
Grzegorz: Ale może być
i gorzej. Wszystko zależy od punktu odniesienia. W chorobie to jest
kluczowe. Pierwszym punktem odniesienia są zdrowe dzieci i to jest
wielka pułapka. Powoli uczymy się, że chore dziecko jest inne. Jest
osobną kategorią i nie można stosować żadnych porównań. Dopóki tego nie
zrozumieliśmy, byliśmy jak zaszczute psy. I szczujące się nawzajem.
Codziennie na przykład ważyliśmy Karolę, bo jadła mniej niż inne dzieci.
I byłem gotowy nakrzyczeć na żonę, że jest złą matką tylko dlatego, że
dziecko przybrało na wadze nie przepisowe 50 gramów, ale 20. Wystarczy
jednak, że trafi się do któregoś z miejsc skupiających chore dzieci, jak
Centrum Zdrowia Dziecka czy Instytut Matki i Dziecka, gdzie widzisz
bardzo różne przypadki, i nagle odkrywa się, że z naszym dzieckiem wcale
nie jest tak źle. I wtedy kupujemy Karolę w ciemno. Wszystko zależy od
punktu odniesienia.
Newsweek: Na co jest chore wasze dziecko?
Małgorzata: Ma wadę genetyczną. Po porodzie na
pierwszy rzut oka Karolcia nie wydawała się chora, chociaż zbyt dużo
spała, za mało jadła, nie była kontaktowa. Gdy miała cztery miesiące,
zrobiono jej badania genetyczne. Okazało się, że ma niezrównoważony
kariotyp, w jej przypadku to nadmiar materiału genetycznego. Głównym
problemem Karolci jest wiotkość mięśni, która sprawia, że chociaż ma
cztery lata, nie chodzi, nie siedzi, nie raczkuje. Tylko pełza. I nie
wiemy, czy ta wiotkość jest wynikiem błędnego materiału genetycznego,
czy może czegoś jeszcze innego. Podobnie jak padaczka.
Grzegorz:
Trzeba podawać jej leki, które tłumią padaczkę, ale jednocześnie
blokują ogólny rozwój. Wiesz, co było najbardziej okrutne, gdy
dowiedzieliśmy się, że nasze dziecko jest nieuleczalnie chore? Sposób, w
jaki nam to powiedziano. Pani w Instytucie Matki i Dziecka, placówce
wydawałoby się sztandarowej, zaczęła mówić o badaniach naszej córki jak o
wynikach jakiegoś eksperymentu naukowego. Do dziś, gdy o tym myślę, mam
ochotę ją otruć. Nie wytrzymałem.
Newsweek: To znaczy?
Grzegorz: Wybuchnąłem. Wcześniej nigdy mi się to nie
zdarzyło, tym razem jednak nie wytrzymałem, nie mogłem zgodzić się na
to, że moje dziecko jest traktowane jak przedmiot, który z jakiegoś
powodu nie działa prawidłowo.
Małgorzata: Nawet
obecność drugiego lekarza, bardziej empatycznego, nie poprawiła
sytuacji. Oboje patrzyli na Karolcię i mówili: „O, patrzy!”, „O, chwyta
za rękę!”, jakby to było wbrew ich matematycznym wyliczeniom. Dziwili
się, że ktoś, kto według zapisu genetycznego powinien tylko leżeć, daje
jednak jakieś oznaki życia.
Grzegorz: Całe to
gadanie, że problemem polskiej służby zdrowia jest brak pieniędzy, to
gówno prawda. Podstawowym grzechem jest brak empatii, zrozumienia, że po
drugiej stronie jest człowiek. A drugim grzechem jest kompletny brak
organizacji, czego wynikiem jest to, iż wysokiej klasy specjaliści sporą
część czasu poświęcają na biurokratyczne formalności. Nieraz
zetknęliśmy się z tym przy leczeniu Karolci.
Newsweek: Dostaliście dokument, że wasze dziecko ma wadę genetyczną. I co dalej?
Grzegorz: Pustka. Ten dokument to dwie strony
naukowego zapisu, który nie mówi, czego możemy się spodziewać. Określa
jedynie przedziały, w jakich możemy się poruszać: od totalnej masakry do
czegoś, co jest określone jako „zachowania zbliżające się do normy”.
Małgorzata: Dostaliśmy do ręki kawałek papieru i do widzenia. Sami, bezradni, załamani, wystraszeni.
Grzegorz: A przecież takie dziecko nie potrzebuje pomocy jednego specjalisty, tylko wielu, którzy powinni ze sobą
współdziałać.
Małgorzata: Nie ma systemu pomocy,
który pozwoliłby prowadzić dziecko całościowo. Efekt jest taki, że
rodzice chorego dziecka miotają się od ściany do ściany, od specjalisty
do specjalisty. Od badania do badania. Oczywiście, są jednostki, które
fantastycznie pomagają, ale trzeba je samemu znaleźć, wyłuskać. I za
każdym razem opowiadać wszystko od początku.
Grzegorz:
Poza tym, powiedzmy to uczciwie, nam jest mimo wszystko łatwiej.
Jesteśmy razem i mamy pieniądze. A jak ktoś zostaje sam i ma tylko
zasiłek? Wiesz, ile kosztuje specjalistyczny wózek dla Karoli? 12
tysięcy złotych.
Newsweek: Myślicie czasem: chyba zwariuję?
Grzegorz: Takie myślenie nie jest może we mnie cały
czas, ale permanentnie powraca. Nieuleczalna choroba dziecka to nie jest
coś, na co się można zaimpregnować. Cała sztuka polega na tym, żeby nie
myśleć. Żyje się tym, co jest dziś, jutro. Gdybyśmy chcieli
skonfrontować się z przyszłością naszej rodziny, to jest to przerąbane. O
tym w ogóle nie należy myśleć. Nie chcę o tym myśleć. Nie wiem, co
będzie.
Małgorzata: Od takiego myślenia można dostać szału.
Newsweek: Co wtedy pomaga?
Grzegorz: Karolina pomaga.
Małgorzata: Wiesz, pomyślałam dokładnie to samo.
Grzegorz: Ona jest bardzo pozytywna. Jeśli chodzi o liczbę uśmiechów, jest w naszej rodzinie na pierwszym miejscu.
Newsweek: A kto jest na ostatnim?
Małgorzata: Chyba ja.
Newsweek: Masz poczucie winy?
Małgorzata: Czasami wydaje mi się, że to z mojego
powodu ona jest chora. Może coś źle zrobiłam? Może mój materiał
genetyczny był za stary – gdy zaszłam w ciążę, miałam 35 lat, czyli
wchodziłam właśnie w wiek podwyższonego ryzyka. To mój chromosom rozpadł
się, jego część się zdublowała i sprawiła, że Karolina jest
niepełnosprawna. Przyczyn tego nie da się ustalić, ale przez takie myśli
czuję się winna. I czuję się związana z nią do końca. O zdrowych
dzieciach wiem, że mogłyby być beze mnie, dadzą sobie radę. Ona nie.
Jesteśmy sobie przypisane.
Newsweek: Masz żal do losu?
Małgorzata: Mam żal o to, że Karolina została
okradziona z sił, możliwości. Dostała pięć procent, podczas gdy inne
dzieci 200, i to jest niesprawiedliwe. Bez żadnego wysiłku robią rzeczy,
które Karolci zabierają całe tygodnie, a nawet miesiące. Ona robi
postępy, ale bardzo małe. Jasiek i Anielcia wierzą, że ich siostra
będzie kiedyś chodzić.
Newsweek: A ty?
Małgorzata: Nie wiem. Ja się już chyba trochę pogodziłam z tym, że nie będzie. Musiałby się stać cud. Sama rehabilitacja nie wystarczy.
Newsweek: Czego dowiedzieliście się o sobie dzięki temu, że w waszym życiu pojawiło się chore dziecko?
Małgorzata: Tego, że niepełnosprawni ludzie są fajni.
Przed pojawieniem się Karoli bałam się niepełnosprawnych dzieci.
Funkcjonowałam według zasady: jak będziesz omijać je szerokim łukiem, to
się nie zarazisz. Wydawało mi się, jak zresztą wielu ludziom, że nie ma
nic gorszego na świecie, niż urodzić chore dziecko. Dziś gdy chodzę z
Karolcią do przedszkola, spotykam tam dzieci o wiele mniej ruchliwe niż
nasza córka i widzę, jak potrafią reagować, okazywać emocje. Widzę, że
chcą nam coś przekazać. Powiedzieć, że one czują, żyją.
Grzegorz: Wczoraj powiedziałaś mi strasznie fajną rzecz o niepełnosprawnych.
Małgorzata: Co powiedziałam?
Grzegorz: Że
potrafią w pełni korzystać z życia. My jesteśmy uwikłani, poplątani,
zablokowani i ciągle zrzędzimy. A oni mają ułamek tego co my i wyciskają
z tego ułamka, ile się da.
Małgorzata: Dużo jest w
nich miłości, zadowolenia z życia, choć na zdrowy rozum można by
zapytać: a z czego taki niepełnosprawny może być zadowolony?
Grzegorz:
Karolina otwiera mi oczy, które wcześniej zamykałem. Wiem, że trudno w
to uwierzyć, ale dzieci niepełnosprawne są na swój sposób piękne, bo
piękne w nich jest to życie, które tak walczy o siebie. Jeśli nie masz
przed nimi strachu, to tę siłę, tę witalność, to piękno życia zaczynasz
dostrzegać.
Newsweek: Wasza córka was zawstydza?
Małgorzata: Trochę tak. Uczę się od niej patrzenia na świat na nowo.
Grzegorz:
W pewnym sensie jestem dzięki niej szczęśliwszy. Zrozumiałem, jak
nieoczywistą rzeczą jest szczęście. Do urodzenia Karoli wiedliśmy życie
od przyjemności do przyjemności, od jednego zapełnienia czasu jakimiś
atrakcjami do drugiego. I nagle pojawiła się ona. Nagle zrozumiałem, że
dotychczasowe wyobrażenie szczęścia to ułuda, bańka wiecznej
szczęśliwości, którą narzuca nam kultura albo którą daliśmy sobie
narzucić. Lekcje Karoliny są bardzo cenne, choć niekoniecznie łatwe.
Dużo w nich też smutku.
Newsweek: Wyjeżdżacie razem na wakacje?
Małgorzata: Zeszłego lata byliśmy w piątkę, ale
ostatnio pierwszy raz wyjechaliśmy bez Karolci. Została z babcią, która
na stałe bardzo nam pomaga w jej wychowaniu.
Grzegorz:
To dla nas wszystkich była próba, a zwłaszcza dla Gosi. Czy ona może
być bez Karoli i czy Karola da radę bez nas? To był eksperyment, próba
przewalczenia w sobie poczucia winy. Nie chcemy dopuścić do sytuacji, że
skoro nasza córka jest chora, to wszystko tej chorobie
podporządkowujemy, bo w przeciwnym razie będziemy złymi rodzicami.
Newsweek: Eksperyment się udał?
Małgorzata: Nawet byliśmy trochę zawiedzeni, że Karolcia, widząc nas po powrocie, ucieszyła się tak, jakby przyszli goście.
Grzegorz: Musieliśmy od nowa zamontować się w jej głowie.
Małgorzata:
Dopóki funkcjonujemy w zamkniętym obiegu oswojonych osób i sytuacji, w
stałym rytmie dnia, to ten obieg działa. Trudniej jest, gdy coś nas z
tego rytmu wybija. Na przykład wakacje.
Grzegorz: Gdy
jedziemy z paczką znajomych, którzy nie mają chorego dziecka, to siłą
rzeczy porównujemy ich życie do naszego. Przestaliśmy chodzić do
kościoła na mszę dziecięcą głównie dlatego, że wtedy jest jazgot. Ale
też dlatego, że przychodzą na nią rodzice, których dzieci przyszły na
świat w tym samym czasie co Karola. Te dzieci mówią, biegają po
kościele.
Newsweek: To boli?
Oboje: Boli.
Newsweek: Gdyby można było cofnąć czas, czy podjęlibyście taką samą decyzję? Wiedząc, co was czeka?
Małgorzata: Gdy widzę, jaka jest Karolinka, to nie
wyobrażam sobie, że mogłabym odmówić takiemu dziecku prawa do życia.
Patrząc na nią, widzę, że jej życie ma wartość. Gdybyśmy jednak mieli
mieć kolejne dziecko, i okazałoby się, że ono też będzie chore, to nie
wiem, co bym zrobiła. Chyba nie potrafiłabym już powiedzieć: „No to
trudno, niech się urodzi”.
Grzegorz: Na to pytanie
nie ma odpowiedzi, bo nie wiadomo, jakie to dziecko się urodzi. Jaki
będzie stopień uszkodzenia. Poza tym w myśleniu „czy” zapomina się o
tym, że zupełnie nie wiemy, jakim kosztem byłoby podjęcie decyzji o
usunięciu dziecka. Nie ma drugiej Gosi i drugiego Grześka, którzy żyją z
myślą, że usunęli zagrożoną ciążę. Trudno więc powiedzieć, którzy
byliby bardziej szczęśliwi. Czy pół roku po aborcji otrząsnąłbym się ze
smutku i uznał, że mam to za sobą? A może by mnie to wykończyło? Dziś
mogę powiedzieć tylko jedno: wygłaszając wtedy zdanie, że trzeba przyjąć
to dziecko, uważałem, że każdy powiedziałby tak samo, że niemoralnie
jest myśleć w takiej chwili o usuwaniu ciąży. Dzisiaj od nikogo, kto
znalazłby się w podobnej sytuacji, nie oczekiwałbym takich deklaracji.
Małgorzata:
Wciąż uważam, że my nie możemy decydować o tym, kto może żyć, a kto nie
i czyje życie jest lepsze, a czyje gorsze. Nie możemy wychodzić z
założenia, że chore dziecko będzie mieć fatalne życie i my mu tego
oszczędzimy. Ale też nie potępiłabym nikogo, kto przerwałby ciążę, bo od
nikogo nie można wymagać, by brał taki ciężar na barki.
Newsweek: Kochacie się?
(długie milczenie)
Grzegorz: Oboje z Gosią mamy
problem z wypowiadaniem słów, które warto wypowiadać, ale mogę
powiedzieć tak: gdybyśmy się nie kochali, nie siedzielibyśmy teraz razem
przy tym stole. Fajnie, że zadałaś to pytanie. Uświadomiło mi, że tego
się nie da zrobić na zasadzie kontraktu. Czasami małżeństwa mówią:
bądźmy ze sobą dla dobra dzieci. W naszym przypadku to by się nie udało.